PFC Exclusive Interview with Danuta Stenka
2008-03-13 12:37:55 / Richard Carolan
Maciej Aronowicz: Pani obecność w Dublinie wiąże się z prawdziwym świętem kina, jakim jest Jameson International Film Festival. Ta impreza jest bardzo bardzo ważna dla widzów, jak i dla osób zajmujących się filmem zawodowo. Chciałbym Panią zapytać nie tyle o odczucia odnośnie tego konkretnego festiwalu, a raczej o stosunek do tego typu imprez, których oczywiście na świecie odbywa się mnóstwo. Jak więc Pani, jako aktorka, podchodzi festiwali filmowych?

Danuta Stenka: Jestem wielką zwolenniczką tego typu imprez. Festiwale Międzynarodowe są wyjątkową okazją do poznania obcej kinematografii, dają możliwość obejrzenia filmów, z których większość nie znajdzie się w naszej i każdego kraju, który organizuje takie festiwale dystrybucji. Warszawski Festiwal Filmowy czy Era Nowe Horyzonty cieszą się z każdym rokiem coraz większym zainteresowaniem, a ich faworytów, którzy wchodzą na ekrany, ogląda w kinach coraz więcej widzów. Z tego prosty wniosek – festiwale mają sens, festiwale są potrzebne. M.A.: Jak w takim razie ocenia Pani możliwości polskiego kina, szczególnie w porównaniu z tym zachodnim? Jakie mamy szanse zaistnienia i jak się nas postrzega? D.S.:Kino polskie poza granicami naszego kraju kojarzy się, podejrzewam z kilkoma zaledwie nazwiskami: Kieślowski, Wajda, Polański, Holland. Choć nasze filmy zdobywają nagrody na festiwalach zagranicznych (Kędzierzawska, Kolski, Jakimowski…), ludzie zajmujący się dystrybucją , twierdzą, że dotychczas nie powiodło się sprzedawanie polskich filmów za granicą. Być może dlatego, że polskie kino jest raczej kinem autorskim. Prawie nie istnieje kino gatunkowe, a na takie jest największe zapotrzebowanie.

M.A.:Jaka jest więc przyszłość polskiego kina?

D.S.:Chciałabym, żebyśmy wreszcie w pełni mogli wykorzystać potencjał, który w nas drzemie, a jednocześnie, żeby odbyło się to bez utraty naszej tożsamości. Uważam, że Polska ma naprawdę świetnych aktorów, bardzo dobrych reżyserów, operatorów, wśród, których zjawia się prawdziwa perła. Natomiast, według mnie, największym mankamentem polskiego kina są niestety scenariusze. Czyli punkt wyjścia. Co jest tego przyczyną? Nie mam pojęcia. Jedno jest pocieszające – robi się w Polsce coraz więcej filmów. Oczywiście ilość nie musi przerodzić się w jakość, ale wzrastają szanse tych, którzy latami musieli czy musieliby czekać w długiej kolejce. A może wśród nich marnuje się jakaś kolejna perła?

M.A.: Aktorzy, biorąc pod uwagę specyfikę ich pracy nad rolą, dzielą się na dwie grupy. Jedni poddają się reżyserowi i wykonują polecenia, natomiast inni zawsze starają się stworzyć postać, która jest wymierną wizji reżyserskiej i ich własnych sugestii. Do której z grup Pani się zalicza?

D.S.: Ja lubię współtworzyć. Uwielbiam pracować z reżyserami, którzy mają własną koncepcję, ale są i ciekawi moich spostrzeżeń, moich propozycji i otwarci na nie. Stawiają szkielet – mocną, pewną konstrukcję – świata, który stwarzają, ale wypełniamy go, oblekamy żywą tkanką wspólnie. Nawzajem się inspirując. Moja rola jest dla nich jednym z elementów całości, szkicują ją zaledwie. Dla mnie natomiast jest całym moim światem, ja tę grubą kreskę uzupełniam najdrobniejszymi szczegółami, pajęczyną. Co prawda dane mi było pracować w spektaklu Kobieta z Morza z Robertem Wilsonem, który uwięził mnie w swojej formie. Musiałam precyzyjnie odtwarzać nie tylko z góry zadane sytuacje, również gesty, a w niektórych momentach nawet i intonacje. Otóż okazało się to nowym dla mnie i niezwykle ciekawym doświadczeniem. W tych zewnętrznych kajdanach odkryłam nowy sposób szukania własnej wolności, własnego terytorium. Prawdopodobnie oczekuję otwartości ze strony reżysera dlatego, że sama jestem otwarta i ciekawa nowego. Chwilami jak dziecko.

M.A.: A jakie miejsce ma w tej pracy widz? Czy już podczas tworzenia dzieła bierze się pod uwagę jego ewentualnego odbiorcę? Czy raczej najpierw jest praca twórcza, a dopiero potem myśli się o innych sprawach?

D.S.: Widza nie sposób nie wziąć pod uwagę. W końcu jest on naszym adresatem, świadkiem, rozmówcą… Niemniej ważne jest przede wszystkim to co my chcemy powiedzieć, a nie to co widz chciałby czy wolałby zobaczyć. Istnieje również niebezpieczeństwo - i w teatrze i w filmie traktowania go jak odbiorcy telenoweli. Wolę kiedy widza pozostawia się pełnym znaków zapytania, nawet zdezorientowanym, niż kiedy umiera z przesytu, traktowany jak niezdolny do własnego toku myślowego, idiota, którego należy karmić papką, zasypywać nadmiarem informacji. M.A.: Jest Pani zarówno aktorką filmową, jak i teatralną. Który świat jest Pani bliższy – deski sceny czy szklany ekran?

D.S.: Powiem Panu, że jest to jedno z najczęstszych pytań, jakie słyszę. Co prawda w teatrze spędzam więcej czasu niż przed okiem kamery, ale w tej chwili nie umiem jednoznacznie stwierdzić gdzie czuję się lepiej. Każde z tych miejsc ma swoje zalety, swoje wady. W filmie można sobie pozwolić na powtórki, można też zmontować jedną scenę z kilku (a bywa i kilkunastu !!!) dubli. Kamera potrafi zajrzeć w głąb oka – w głąb duszy… Za to, na przykład, nierzadko mści się na nas brak chronologii. Zdarza się, że zaczyna się pracę w filmie od sceny finałowej. Postać kończy swój filmowy żywot, zanim zdąży się urodzić na planie. Poza tym w filmie aktor nie jest panem swojej roli. Reżyser podczas montażu może wyciąć jego sceny (zdarza się, że zagrane role w ogóle nie pojawiają się na ekranie, albo zamieniają się w niemy epizod), poprzestawiać czy łączyć fragmenty różnych scen w jedną, zmieniając tym samym niejednokrotnie sens. Natomiast w teatrze opowiada się swoją historię, przeżywa ją od początku do końca chronologicznie. Każdego wieczoru pozornie tak samo. Pozornie. Ponieważ każde spotkanie jest inne. Każdego wieczoru zasiada na widowni inny odbiorca, każdego wieczoru my jesteśmy o każdy dzień inni. To zdarza się tu i teraz i tak jak Tu i Teraz tylko jeden jedyny raz. Nic nie zastąpi spotkania z żywym człowiekiem, jego reakcji. Rozmowa w filmie mam wrażenie odbywa się korespondencyjnie, w teatrze – twarzą w twarz. Mogłabym tak jeszcze długo rozwodzić się na temat różnic pomiędzy pracą w filmie i w teatrze, ale nie to jest ważne. Istotne jest to co je łączy – spotkania z ludźmi: aktorami, reżyserami, postaciami, które gram, widzami. I tu i tu zdarzają się spotkania banalne, nudne i głupie jak również spotkania twórcze, jedyne, wyjątkowe. I właśnie dlatego trudno byłoby się zdecydować na jedną tylko drogę.

M.A.: A czy udaje się Pani oddzielić życie prywatne od zawodowego? Czy Pani dom jest bardziej ucieczką od obowiązków zawodowych czy raczej ich przedłużeniem ?

D.S.: Przez wiele lat zawód dominował moje życie prywatne. Nawet kiedy pojawiło się pierwsze dziecko dom był, niestety rodzajem gąbki, która musiała chłonąć wszystko co przyniosłam z pracy. A ponieważ należę do osób, które nigdy do końca nie są z siebie zadowolone, przynosiłam częściej smutki niż radości. Na szczęście z czasem pojawił się we mnie rodzaj zdrowego dystansu. Właściwie wypracowałam go sobie. Teraz dom jest dla mnie miejscem relaksu, odpoczynku od świata. Wydaje mi się, że zwyczajnie dojrzałam do tego aby traktować dom, nie jako miejsce roztrząsania problemów zawodowych, a zwyczajnie, jako swoje miejsce do życia. Z chęcią więc tam uciekam i na ile potrafię staram się tego miejsca nie zarażać swoją pracą. Choć nadal bywają chwile kiedy praca ma zielone światło.

M.A.: A jak reagują na to najbliżsi?

D.S.: A różnie (śmiech). Już się chyba przyzwyczaili. Ostatnimi laty częściej widzę zaskoczone miny kiedy zjawiam się już po południu albo wręcz zostaję w domu, niż kiedy wybieram się na spektakl. Chociaż dzieciom wciąż zdarza się buntować, że kiedy one wracają ze szkoły, ja właśnie wychodzę do pracy. A tu tyle do opowiadania! Na szczęście w każdej wolnej chwili nadrabiamy.

M.A.: A w jaki sposób Pani najlepiej odpoczywa?

D.S.: Szczerze mówiąc czasu na odpoczynek, na relaks zostaje mi niewiele. Lubię siedzieć w ogrodzie, albo zimą gapić się w zaśnieżony ogród. Lubię być widzem w kinie, teatrze, a tymczasem jestem szewcem bez butów. Ponieważ albo sama gram w tym czasie, albo, kiedy mam wolny wieczór , pędzę do domu nadrabiać zaległości w roli mamy. Ciągle za mało mi domu, więc tam spędzam czas najchętniej. I nawet zwykłe porządki sprawiają mi przyjemność. Lubię czytać, choć częściej czytam to, co muszę niż to, co lubię. Jeśli zdarzają się wolne wieczory z rodziną, bywa tak, że wyłączam telewizor, komputery, telefony rozsiadamy się wygodnie w pokoju, włączamy muzykę i każde z nas zatapia się w swojej lekturze. Albo znowu rozmawiamy latem na tarasie, gadamy całymi godzinami, czasem i do świtu. Uwielbiam takie chwile

M.A.: W Irlandii jest wiele tysięcy Polaków. Ci ludzie łakną polskiej kultury. W księgarniach pojawiają się książki naszych pisarzy, są polskie gazety, pojawiło się również polskie kino objazdowe. Polishfilmclub, bo o nim mowa, organizuje projekcje polskich filmów we wszystkich większych miastach na Wyspie.

D.S.: Bardzo mnie to cieszy. Gra tam Pani jedną z głównych ról. Co może Pani na temat tego tytułu powiedzieć? D.S.: Scenariusz filmu jest napisany na dwie pary – młodą i dojrzałą. Janek Frycz i ja, jak się Pan zapewne domyśla, gramy tę dojrzałą. Wprowadziliśmy pewne zmiany w scenariuszu dotyczące naszej dwójki, co rozchwiało pierwotną konstrukcję. Poza tym musieliśmy to robić na bieżąco, w trakcie zdjęć. Trudne zadanie, wymagało od nas szczególnego skupienia, żeby się nie pogubić, ale przez to również ciekawe. Nie wszystkie jednak, zmiany pojawiły się na ekranie. Nie zmieściły się. A film, no cóż, jest historią z gatunku bajek dla dorosłych. Jego zadanie jest dość proste, ma dać ludziom trochę radości, wzruszenia, optymizmu, ot co. I z tego co słyszę, spełnia swoje zadanie.

M.A.: Dziękuję za rozmowę!!!

add new comment:

To add reviews and comments please log in.