W produkcji jest wszystko, czego wymaga gatunek: przystojniak z kasą tylko z pozoru, o lekkim i frywolnym usposobieniu - Piotr Adamczyk. Jest także zamożna ciotka, nieco ekscentryczna i wymagająca: w zamian za majątek, wymaga nadludzkich poświęceń od przystojniaka - w tej roli Beata Tyszkiewicz. Jest wreszcie urocza, piękna i zjawiskowa dziewczyna, która ma odegrać rolę zakochanej narzeczonej przystojniaka - lowelasa - Marta Żmuda - Trzebiatowska. Czy Marcin (Adamczyk) przekona ciotkę, że postanowił się ustatkować? Czy uda się mu obronić przed wrodzonym wdziękiem i urodą Ani ( Marty Żmudy Trzebiatowskiej)?
To nie są pytania najważniejsze. W tym gatunku wszystko się kończy dobrze - nawet, jeśli coś kończy się na pozór źle. Istotne jak napisano role drugoplanowe. Istotne jest, kto je zagrał!
"Nie kłam, kochanie" różni się od wielu polskich komedii i to są różnice dla pozostałych filmów miażdżące. To jest zabawny film, z przemyślanymi dialogami, napisanymi pod aktorów. Bardzo dobrych aktorów! I w przeciwieństwie do większości polskich komedyjek, nie oglądamy przez pół filmu kolejnych „topowych" produktów, aktualnie i tak szeroko reklamowanych w mediach i warszawskich ulic, które widz zdążył poznać na pamięć oglądając kolejne wcielenia Magdy M, albo Judyty z opowiadań Katarzyny Grocholi

